Pożegnanie z Puerto Williams i droga na Horn

06 marca 2017

Jakieś 110 mil od Priapolis

 

DSCF7963 (Copy) DSCF7979 (Copy) DSCF8070 (Copy) DSCF8081 (Copy) DSCF8166 (Copy) DSCF8250 (Copy) DSCF8256 (Copy) DSCF8293 (Copy) DSCF8369 (Copy) DSCF8503 (Copy) OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

2 luty – wyznaczony parę dni wcześniej termin wypłynięcia z uroczego małego miasteczka gdzieś na końcu świata, w którym przyszło mi spędzić większą część roku podyktowany został oknem pogodowym. W okolicy Hornu wiatr miał przysiąść ,dając korzystne warunki na podpłynięcie do dziadka i z bliska obejrzenie umownego miejsca gdzie wody Pacyfiku mieszają się z wodami Atlantyku. Dwa Oceany, jedno z najniebezpieczniejszych miejsc, dla wielu żeglarzy Mount Everest. Każdy ma swój Horn, więc dlaczego i my nie mielibyśmy tam popłynąć. Już od paru dni mamy wszystko popakowane, zakupy zrobione na 21 dni + zapasy pozwalające dość spokojnie myśleć o 30 dniowej wycieczce bez zawijania do portów. Także jesteśmy gotowi i czekamy by w południe oddać cumy, wcześniej pożegnawszy się z Francisco – bosmanem na Micalvi ,oraz znajomymi żeglarzami, którzy jak i ja spędzili tu większość czasu w ciągu poprzednich 12 miesięcy. O 1000 rano przy Micalvi niespotykany widok. Dwa pierwsze rzędy puste a w trzecim Polonus, i Kikam z samotnym niemieckim żeglarzem ,oraz para Francuzów mieszkających tu na swojej łodzi od kilku lat. Wszystkie pozostałe jachty wyszły w drogę. Część na Horn, część do Ushuaia a niektóre zabrały turystów na Antarktydę. Zresztą pomimo obostrzeń, turystyka żeglarska to nadal prężnie działająca branża. Spotkałem nawet żeglarzy tak mocno zaabsorbowanych wypłynięciem w rejs po tych niebezpiecznych wodach ,że chyba z obawy przed warunkami wiatrowymi panującymi w miasteczku ,paradowali radośnie po centrum w …. kamizelkach pneumatycznych – ot żeglarze wielkiego pokroju.

 

Tak więc po wyjściu z mariny pożegnani wszelkiego rodzaju trąbkami i sygnałami dźwiękowymi wychodzimy na Beagla, gdzie południowy wiatr o sile 3-4 B popycha nas na wschód. Dzień mija na podziwianiu uroków jakie serwuje nam okolica a pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie, jednak siła wiatru nie przekracza już później 3B więc żegluga jest naprawdę sympatyczna. W okolicy Caleta Lenox ( gdzie rok wcześniej wraz z Marcinem i Tomkiem schroniliśmy się przed sztormem płynąc z Antarktyki ), wiatr odwraca w mordę i tracimy cały dzień halsując się pod wiatr ,falę i prąd. Podczas ładowania akumulatorów pojawia się usterka, polegająca na wycieku z obwodu chłodzenia wodą zaburtową co powoduje w następstwie zerwanie paska klinowego na alternatorze 24V. Choć usterkę udaje mi się szybko i sprawnie usunąć, paski te kolejno wymieniane podczas całego etapu pozostają nadal naszą zmorą. Szybko ulegają wulkanizacji, kruszą się a gdy chcemy ładować akumulatory na wyższych niż minimalne obrotach, pękają po max godzinie pracy. I tak 5 razy. Pisząc tą relację, mam już tylko jeden w zapasie, który trzymam na ewentualność wszelaką, mając jednak nadzieję, że nie będę musiał go użyć. Wniosek jaki się nasuwa to taki, by kupując na zapas taki asortyment, nie zaopatrywać się tylko w jednym sklepie. Bo gdy trafi się na wadliwą partię jest szansa że „ta druga” będzie w dużo lepszym stanie.

 

Bahia Nassau wita nas w nocy wiatrem oczywiście w mordę i falami wprost z dziobu. Na kawałku genuy i bezanie z zawrotną prędkością 2 knt oramy (dosłownie) wody zimnej zatoki. Nad ranem otrzymuję prognozę z której wynika ,że czeka nas jeszcze kilkanaście godzin wiatru z zachodu. Początkowo knułem by Horn minąć z Pacyfiku na Atlantyk lecz widząc co się dzieje ,po konsultacji z Michałem, który jest sprawcą ,że ta niezbyt korzystna prognoza pogody do nas dociera – postanawiam uciec baksztagiem na południowy wschód i przyatakować dziadka ze wschodu na zachód ,czyli teoretycznie pod wiatr i prąd, oraz oczywiście fale – bo na Dreaku wieje z zachodu. Dzielące nas 14 mil w lini prostej od Przylądka Horn, niwelujemy przez kilka godzin wraz z Anią do magicznych 8 mil. Ale to wszystko na co pozwala nam wiatr i fala. Coraz większy rozkołys i rosnący wiatr pozwala nam jedynie nabrać wysokości i płynąć na południe – znów kurde ciągnie mnie na tą Antarktykę . Po drodze pada nam akumulator 12V ,który odmawia współpracy i bez żadnego ostrzeżenia napięcie na nim spada do poziomu 6V !!!. Tak więc zostajemy bez zegarów, AIS, UKF, natomiast cała reszta zasilana z obwodu 24V pozostaje sprawna. Przyczynę usterki dość szybko lokalizuję, jednak akumulatora nie daje się już przywrócić do życia. Czeka więc mnie zakup nowego. Około 0800 5 lutego będąc jakieś 40 mil na południe od Hornu, stajemy w dryfie i zarządzam 3 godziny dodatkowego odpoczynku i regeneracji dla tych, których choroba nie wypuszcza z koi, lub powoduje, że i tak walczą ze sobą by wyjść na wachtę. O 1040 robimy zwrot przez sztag i płyniemy by zobaczyć HORN.

W miarę jak zbliżamy się do przylądka wiatr również nabiera prędkości, ale wiem już od Michała, że musimy się spieszyć bo ma w planach wyciszyć się całkowicie a następnie odwrócić na NE. A ponieważ podobno ktoś wymyślił, że trzeba Horn opłynąć w rejsie tylko i wyłącznie pod żaglami ,nie możemy użyć silnika by się podciągnąć w przypadku gdy wiatr całkowicie zgaśnie co staje się faktem na niecałą milę przed. Drobne podmuchy powodują, że dwie godziny później mijamy południk Przylądka Horn prawą burtą a po kilkudziesięciu minutach przy wietrze już z NE robimy zwrot i wykonujemy zdjęcia z lewej burty. Oczywiście silnik pracuje non stop, by w razie W móc się ewakuować na bezpieczną odległość. Pracuje do momentu ,aż gaśnie na wysokości właśnie 067.17 W, a od piekielnej skały dzieli nas odległość niecałej pół mili !!!

Możliwość komentowania jest wyłączona.

  • Newsletter