Zakupy w Limie

jacht_klub_limaW czasie każdej wyprawy, oprócz rozkoszowania się okolicznościami przyrody i karmienia duszy przyjemnością  żeglowania, musimy czasami nakarmić nasze ciała.

Jedzenie najczęściej zdobywa się w sklepach. W znakomitej większości odwiedzanych portów, idzie się do sklepu i po prostu kupuje. W Limie – w trakcie wyprawy Polonusem „Śladami Śmiałego” dookoła Ameryki Południowej, zakupy nie były prostą sprawą.

Jak się dostać do sklepu? Hmmm, z dostaniem się nie ma dużego problemu, można zacząć na nogach, gdy nogi przestaną fungować to wsiąść w autobus a wrócić z zakupami należy taksówką.
Jednak nie dotarcie do samego sklepu jest problemem, tylko opuszczenie złotej klatki, czyli Yacht Clubu Peruano. Załatwianie różnych, koniecznych papierków trwa troszkę ponad dobę – w tym czasie przez pierwsze kilka godzin nie można opuszczać jachtu (oczywiście stoi się na kotwicy). Po rzeczonych kilku godzinach przypływa Pan-Bardzo-Ważny-Urzędnik, wypełnia stos kwitów i pozwala zejść na ląd, ale nie wolno opuszczać klubu.

Przy bramie stoi uczynny odźwierny z pistoletem przy pasku, mówi ślicznie dzień dobry i do widzenia ale jeśli ktoś bez stosownego kwitungu chciałby wyjść poza żelazną kurtynę, to rozpina kaburę i… rozmowa przestaje się kleić :-)

Po kilkunastu godzinach od zatrudnienia agenta stał się cud. Co prawda nie można kontynuować rejsu, ale można wyjść na miasto! Super, idziemy po zakupy! Pan odźwierny otwiera furtkę, ślicznie się kłania i mówi, żeby uważać, bo to zła dzielnica jest.

Co mnie – urodzonemu na Bródnie Prażaninowi – jakiś dziki będzie mówił o złych dzielnicach? Idziemy.  Tuż za bramą spotykamy wałęsającego się naszego agenta. Źle, że się wałęsa zamiast wypełniać nasze papiery, dobrze, bo – mówi w ludzkim języku – powie gdzie jest sklep. Sklep jest w odległości by shoes, few blocks tamtą avenidą w lewo. Tylko uważajcie, bo to zła dzielnica jest!

No to idziemy, pięć, dziesięć przecznic a krajobraz się nie zmienia. Kole dwudziestej przecznicy poddajemy się – świat obejdziemy a żadnego spożywczaka nie napotkamy :-(  Na nasze szczęście, na rogu pod latarnią stała prześlicznej urody (o ile w ogóle można mówić o urodzie Peruwianek) policjantka obwieszona karabinami jak choinka.

Szczęście było podwójne, bo policjantka ta znała kilkanaście angielskich słów!  Na wstępie wyjaśniła nam, że ona tak stała, bo ją zamurował nasz widok – grupa żywych gringo w tym miejscu to zaiste niecodzienny widok, wszak to zła dzielnica jest – a później strasznie się zmartwiła, gdy dowiedziała się, że my do sklepu chcemy.

Sklep jest daleko i zanim tam dotrzemy, to nas zabiją!  My jednak nalegaliśmy – MUSIMY DO SKLEPUUUUUU! Zmarszczyła czoło przypominając sobie zajęcia z taktyki i walk w mieści. Chwile podumała i krzyknęła tengo una idea! co zapewne znaczyło, że zginiemy bezboleśnie. Na jej śniadej buzi dało się dostrzec rumieniec.

- Musicie wsiąść w autobus, tylko nie taki mały, bo w małym was zabiją, tylko w taki duży! – rzekła.
– A gdzie jest przystanek i jaki numero autobuso, psze Pani? – wyszeptałem rozglądając się na boki czy nie nadlatuje zatruta currarą strzała.

Okazało się, że w tamtym rejonie (a może w całej Limie?) autobusy nie mają numerów, nie ma przystanków i w ogóle nie wiadomo o ssooo chodzi z tą komunikacją. Policjantka postanowiła stanąć na wysokości zadania – ona nam zatrzyma odpowiedni autobus, namówi kierowcę, żeby się nami zaopiekował i nas wysadził przy Plaza Vea – domyślaliśmy się, że supermercado jest tamże, ale nie mogliśmy się z policjantką dogadać co do odległości, czasu podróży, przesiadek, etc.

Aha i mamy pamiętać, żeby z powrotem nie jechać autobusem tylko wziąć taksówkę, ale nie z postoju pod sklepem (bo nas zabiją!) tylko mamy załatwić sobie jakoś inaczej. Na to, żeby powiedzieć – jak załatwić? – nie starczyło jej angielskich słów.

Rzucony pod koła granat zatrzymał przejeżdżający autobus – żartuję, zatrzymała wóz nietypowo, machając nieuzbrojona ręką, :-) pogadała z kierowcą, wsiedliśmy, zapłaciliśmy (jakieś grosze) i jedziemy. Jedziemy i jedziemy, w autobusie tylko my stoimy, tambylcy siedzą, spoglądają na nas i coś szepczą między sobą (między sobą na zasadzie pierwszy rząd z ostatnim rzędem szepcze).

Pewnie chcą nas zabić (wszak, zła dzielnica to jest!) i sprzedać nasze organy. Pewnie już ustalają cenę a sklepu jak nie było, tak nie ma. Nie wytrzymałem, upatrzyłem jednego pasażera, który nie brał udziału w negocjacjach cenowych dotyczących mojej lewej nerki i grzecznie zapytałem: pan śanowny to wie, gdzie piweczko, marchewkie a może jaką wódeczkie zakupić można?

Znowu cud! Facet znał pięć angielskich słów: ship, windows oraz one, two, tree. Niestety – pomimo najszczerszych chęci – nie dało się pogadać :-( ale facet wstał i w narzeczu dorzecza zapytał autobusową frekwencję czy ktoś habla ingles, bo on wymięka.

Z przodu ktoś krzyknął: yes, I don’t speak english! więc z akcentem, którego nie powstydziłby się Cervantes odkrzyknąłem „plasa bea?” Specjalnie uwypukliłem „b” i przedłużyłem „e” żeby pokazać, że u nasz na Pragusi to my są niebojaźliwe i hiszpański mamy perfect.

W tym momencie, twarze wszystkich osób siedzących w autobusie wykrzywił paroksyzm strachu – plaza vea, PLAZA VEA, p-l-a-z-a v-e-a, powtarzali. Mężczyźni patrzyli na nas jak na bohaterów, kobiety łapały się dłońmi za głowę i szlochały a nierozumiejące powagi sytuacji dzieci – tak jakby myślały, że my myślimy, że już minęliśmy nasz przystanek – wskazywały przednią szybę.

Z tej rozpaczy i zamyślenia wyrwał nas widoczny przez okno duży napis: Plaza Vea przytwierdzony do monstrualnych rozmiarów budynku, do którego wlewał się tłum. To był cel naszej półdziennej podróży, wymarzony supermarket z – tak przynajmniej myśleliśmy – milionem towarów.

W środku okazało się, że produktów, które mogłyby bez lodówki wytrzymać więcej niż kilka godzin jest… dwa. Mleko UHT w kartonach i żarcie dla kotów w puszkach. Innych puszek nie stwierdziliśmy! Cała reszta to produkty świeże.

Naprawdę, był duży wybór wszystkiego, ale wszystko było do natychmiastowego zjedzenia. Mięsko? Oczywiście, ile chcieć, śliczne, z tym, że pan je odkrajał od większej całości, ważył i zawijał w papier. Makaron? 10 gatunków – ugotowany, wystarczy podgrzać wrzucając na minutkę do wrzątku. Owoce? 15 gatunków dojrzałych tak, że rozpadały się pod własnym ciężarem bananów. Ser? Mozzarella i jej pochodne.

Dobrze chociaż, że woda gazowana była w butelkach a nie w dzbankach albo szklankach sprzedawana :-) Taksówkę załatwiliśmy przez panią w kasie. Kasjerka zawołała managera, manager kogoś dużo ważniejszego a ten ważny znał taksówkarza co nie zabija biednych gringo :-)

ps.  Gdybyśmy na Pacyfiku nie trafili na rybaków, którzy za dwie butelki gazowanej wody dali nam kilka rybek i rekinków, to słabo by było :-)

Marek Grzywa

  • Newsletter