W Argentynie

Smialy_24Jesteśmy w Piriapolis, za kilka godzin ruszamy w kierunku Mar del Plata. Przyczyna awarii fału sztaksla zdiagnozowana i usunięta. Żagle przeszyte, blok pospawany. Kupiliśmy nowy większy ponton z nowym silnikiem, który na pewno przyda się nam na południu. Wczoraj, po załatwieniu spraw związanych z naprawami jachtu, znaleźliśmy troszkę czasu by wreszcie pozwiedzać okolicę. Udaliśmy się na Cerro del Toro – Wzgórze Byka, którego posąg stoi we wnęce skalnej. Ciekawostką jest wszechobecność drzew eukaliptusowych, które podobno zostały sprowadzone z Australii.

Już w pierwszych minutach pobytu w porcie spotkaliśmy Artura z Gliwic z którym, jak się szybko okazało, łączą nas regaty na Akademickich Mistrzostwach Polski i wspólni znajomi. Artur załapał się do załogi francuskiego jachtu i najprawdopodobniej zobaczymy się z nim w Ushuaia.

Zarówno w Brazylii, jak i w Urugwaju mieliśmy duży problem z porozumiewaniem się z miejscowymi, szczególnie z urzędnikami. Absolutnie nikt, (nawet na lotnisku i policji ani w kapitanacie portu) nie skalał się nawet minimalną znajomością podstawowych zwrotów w języku angielskim. Na szczęście mamy w załodze Roberta, który pochodzi z Argentyny, mieszka w Australii i od przeszło dwóch tygodni uczy się podstaw polskiego. Robert pomaga nam załatwiać wszelkie formalności i jest osobą spokojną i jak zdawać by się mogło do niedawna – nic nie jest w stanie wyprowadzić go z równowagi, a jednak – posłuchajcie…

 Dnia 16 września około godziny 9.00 czasu lokalnego wpłynęliśmy do portu w Punta del Este, z zamiarem zatankowania paliwa, zrobienia zakupów i nabrania wody (takie wejście na parę godzin dosłownie). Zaraz po przybyciu grzecznie udaliśmy się do siedziby miejscowej policji – Prefektury, by dokonać niezbędnych formalności. Tam spędziliśmy około 30 minut, pobrano nasze paszporty i dokumenty jachtu, wnikliwie przestudiowano (co z tego, że dokumenty są opisane po polsku i po angielsku), po czym odesłano nas do okienka obok, gdzie kolejnych dwóch panów w uniformach próbowało się zastanowić, co z nami zrobić. Po jakimś czasie odesłano nas do Biura Emigracyjnego, które miało być otwarte w godzinach 9- 13.00. Zamknięte na cztery spusty, nikogo. Co robić? Na drzwiach na karteczce napisano numer telefonu. Udajemy się do pani w biurze obok, Robert grzecznie prosi, czy możemy skorzystać z telefonu. Pani odmawia. Dlaczego? Nie, bo nie. Dobrze, dziękujemy grzecznie, po czym udajemy się do Prefektury, 500 m dalej, gdzie po kilku minutach namysłu pozwalają nam skorzystać z aparatu. Dzwonimy, ale telefon stacjonarny jest za drzwiami biura z karteczką na drzwiach, w którym przecież nikogo nie ma. Po co więc ten numer? Wracamy pod Biuro Emigracyjne i cierpliwie czekamy. Czas umilają nam wielkie słonie morskie, które zachowują się jak psy – miejscowy rybak rzuca im resztki, a te potrafią służyć, pozwalają się dotykać. Po chwili mężczyzna złapał morsa, nakarmił rybą, po czym wyjął szczoteczkę  i… umył mu zęby.

Po około 40 minutach korpulentna starsza pani, której wzrok mówił „idźcie sobie stąd wszyscy” weszła do biura i łaskawie wpuściła nas do środka. Robert przedstawił pani wszystkie konieczne dokumenty, trwało to około 30 minut. Pani zastanawia się, czy literka „Ł” w imieniu kapitana, którą pominięto w Brazylii jest powodem do uważania kapitana za inną osobę. Czy to na pewno ten sam kapitan co w  Rio? Dlaczego w Brazylii piszą SLAWOMIR? Dowiedzieliśmy się, że pani potrzebuje kserokopii dokumentów jachtu. Żaden problem, proszę je skserować, poczekamy. Nie, to wy musicie zrobić kserokopie, tu nie ma kserokopiarki. Gdzie jest najbliższa? Nie wiem, może na policji. Wracamy na policję. Macie kserokopiarkę? Nie. Gdzie jest? Może gdzieś w centrum, musicie tam zapytać. Robert dla pewności pyta raz jeszcze, czy mamy kserować coś jeszcze oprócz dokumentów jachtu. Policja potwierdza, tylko dokumenty jachtu, po czym dostajecie wizę i możecie wracać na jacht.

Zdegustowani udajemy się na poszukiwanie kserokopiarki. Nie trzeba daleko szukać – po przejściu może 2 km w kierunku centrum znajdujemy biuro ubezpieczeniowe. Młoda ładna i sympatyczna pani równie sympatycznie odmawia nam skserowania dokumentów. Dlaczego? Nie, bo nie, nie może i już. Dobrze, dziękujemy, ciao, szukamy dalej. Sytuacja powtórzyła się kilkakrotnie. Wreszcie, w sklepie zabawkowym – tak – zabawkowym na końcu miasta dokumenty zostały skserowane. Szczęśliwi wracamy do pani, której już dawno nie ma, przecież godzina 13.00 minęła i biuro zamknięte. Dobrze, chwileczka relaksu przy morsach i wracamy na policję, gdzie – UWAGA – Robert dowiedział się, że dokumenty jachtu mamy wsunąć pod drzwi Biura Emigracyjnego, a policja potrzebuje kserokopii paszportów. Jak to paszportów, przecież pytaliśmy dwa razy, mówiliście, że nie trzeba nic poza dokumentami jachtu. No tak, ale zapomnieliśmy. Wychodzimy z policji. Robert przypomniał sobie, że kserokopiarka powinna być w biurze kapitanatu portu, które mieści się jeszcze gdzie indziej. Nie pomylił się. Prosi panią w biurze o zrobienie kserokopii. Nic z tego. Nie zrobię i już , kserokopiarka jest w mieście. Dlaczego? Nie, bo nie. Ja ci zapłacę 5 dolarów za te 3 kartki. Nie, bo nie, ale pamiętajcie jutro przyjść zapłacić, za postój, bo nie dostaniecie wizy. Dlaczego jutro? Jak to dlaczego, bo zaraz zamykamy. Możemy dzisiaj? Możecie, ale tylko kartą, gotówki nie przyjmujemy. Idziemy na jacht po kartę.

Tego już było za wiele, Robert jest zdenerwowany, nigdy nie widziałam go w takim stanie, choć przygody mieliśmy różne. Przeklina po hiszpańsku i po angielsku w straszliwy sposób. Wtóruję mu po portugalsku, Sławek po angielsku. Wracamy na jacht. Opowiadamy Markowi i Przemowi o naszych przygodach. Płacimy za postój, z kwitem udajemy się na policję, paszporty doniesiemy wieczorem. Kolejne problemy z podłączeniem się do prądu – trzeba kupić lokalną wtyczkę – w biurze sami nie wiedzą która jest właściwa, biedny Robert kursuje kilkakrotnie na trasie jacht – biuro. Wreszcie – mamy prąd . Marek zaprasza całą załogę na obiad do luksusowej restauracji Soho, której szukaliśmy dosyć długo – przecież po godzinie 18.00 wszystko jest już zamknięte. Po dziewięciu dniach w morzu obiad smakuje wybornie. Demokratycznie zdecydowaliśmy, że dwójka najmłodszych – ja i Sławek biegnie do miasta kserować paszporty. Po półtorej godziny paszporty znalazły się na policji, pieczątki w paszportach, jak cudownie. Musimy zostać na noc. Dlaczego? Dlatego, że żeby wyjść z portu, a móc wejść do następnego, potrzebujemy pieczątki z kapitanatu, że opuściliśmy port. Pieczątki nie dostaniemy, ponieważ biuro już zamknięte. Nie ma sprawy, przyjdziemy jutro.

Następnego dnia z samego rana, o 8.00, gdy kapitanat powinien być otwarty, stawiamy się przy drzwiach. Zamknięte? Jakim cudem??? Zaraz, zaraz, wczoraj nie było tu żadnej karteczki. Dnia 17.09.2011 biuro nieczynne. Historię z tankowaniem paliwa pominę, by nie zanudzać, wyglądała dokładnie tak samo. W Punta del Este nie widzieliśmy nic, zwiedziliśmy za to wszystkie możliwe urzędy.

Anna Kulczyk

  • Newsletter