Haga.

21 lipca, poniedziałek, dzień 15

0024 – Poprzednia notatka jest krótsza niż zamierzałem. Po pierwsze skończył się wkład w długopisie i za chwilę w drugim. Po drugie zawołał mnie Jurek, bo zaczęło coś piszczeć i tablicę rozdzielczą rozświetliła czerwona kontrolka. Okazało się, że nie ma ładowania z alternatora 24V. Zapach spalonej gumy powodował, iż otwarcie silnikowni było tylko formalnością. Pasek napędzający alternator rozpadł się i rozwarstwił. Po około godzinie z paroma minutami założyłem drugi pasek, wcześniej ściągając jeszcze i ponownie zakładając pasek na alternatorze 12V. Mam podejrzenie co do przyczyny zerwania się paska. Muszę obserwować co się dzieje i czy pojawią się objawy potwierdzające przypuszczenia. Niema co działać w pośpiechu, bo jak wiadomo nadgorliwość gorsza od … Aha, notatkę tą robię długopisem, który chwilę przed awarią odmówił posłuszeństwa J . Dziwna sprawa. Kuba ma dziś podły nastrój, prawdopodobnie z braku snu. Wachta zaczęła się bardzo spokojnie, ale na wschodzie w oddali widać było burzę. Około 2200 przebieram się na wypadek mocnego deszczu. Na zachodzie niebo rozświetlone było od słońca, które już schowało sięga horyzontem, natomiast na wschodzie przybrało brunatno- szaro-grafitowy  odcień ( wiem – faceci nie znają się na kolorach bo w rozróżniają tylko 3 J)i po chwili nie widać było linii horyzontu. Morze i niebo zlały się w jedną całość,  a rozświetlały je tylko rozbłyski piorunów. Gdy natura przedstawiała nam na wschodzie swój spektakl, po prawej burcie mijaliśmy pięknie oświetloną platformę. Z daleka wyglądała jak galeria handlowa na warszawskiej Woli. Wiatr odwrócił się o 180°i wiał po ustabilizowaniu się z niewielką siłą 10 węzłów z północnego wschodu. Postawiliśmy genuę, wiatr wzrósł do 13 knt, by przed północą znów siąść do 6 knt. Wg prognozy otrzymanej przez radio nad ranem ma wiać w porywach do 7B ze wschodu. Ot takie zmienne kaprysy natury. Dzisiejszy przebieg dobowy 130 mil.

1430 – Prognozowane 7B skończyło się dziesiątką. Od rana wieje w porywach do 15 knt J. Płyniemy kursem 225°. Skończyłem naprawiać cumy rufowe, które były lekko przetarte. Wcześniej na wachcie padał rzęsisty deszcz, więc pozwoliłem Ani na wygrzewanie się w czeluściach mesy w zamian za podawanie na pokład gorących napojów i wszelkiego rodzaju przekąsek. Wiatru było jak na lekarstwo. Zwrot przez rufę przy szaleńczych podmuchach do 15 węzłów wiatru J i na motyla udaje się utrzymać kurs przybliżający Polonusa wraz z załogą do lądu. Widoczność spadła do ok.2 mil. Co rusz ciszę mąciły odgłosy silników. Na szczęście jednak dobiegały z powietrza, gdzie co rusz przelatywały śmigłowce udające się na rozsiane w pobliżu platformy wiertnicze. Część osób chętnie pomaga we wszelkich pracach na jachcie. Dziś przy naprawie cum wspierał mnie Romek wraz z Michałem – zawsze chętni do pomocy i przejawiający zainteresowanie tym co jest do zrobienia. Wczoraj Michał sam od siebie zaproponował pomoc z wymianą paska w alternatorze, twierdząc, zresztą słusznie, że może mu się to przydać. Część załogi jednak z niecierpliwością oczekuje momentu postawienia nogi na stałym lądzie, po tych kilku dniach żeglugi. Około 1130 Polonus przepłynął pierwszy 1000 mil podczas tej wyprawy. Czas Panie Piotrze Armatorze Szanowny rozwinąć pierwszy metr błękitnej wstęgi J.

22 lipca, wtorek, dzień 16

1550 – O godzinie 0125 zacumowaliśmy w porcie w Scheveningen. W basenie jachtowym nie było miejsc, więc stanęliśmy przy innym nabrzeżu. Do godzin porannych przy wstępnej inspekcji okolic portu siedzieliśmy na pokładzie snując opowieści. Pobudka ok. 1000. Zwolniło się miejsce w basenie jachtowym, więc  komenda, że się przestawiamy.  Dopływamy i okazuje się, że ktoś nas już ubiegł, więc stajemy do burty uprzejmych Holendrów z 2 małych dzieci na pokładzie i kobietą w ciąży na pokładzie. Po obfitym śniadaniu i jajecznicy idę z Arkiem szuka sklepu żeglarskiego z wywietrznikami i na rekonesans miasteczka. Wracamy po 4 godzinach co i gdzie ze wskazówkami dla innych. Holendrzy w zgodzi z pływami mają zamiar wyjść jutro o 0530.  Proponujemy im, aby pod wieczór zamienić się miejscami. Wszak o tak chorej portowej godzinie mogą nas nie dobudzić. W locji piszą ,że wchodzenie do tego portu przy wietrze , który mieliśmy jest niebezpieczne. Jednak po wywołaniu i rozmowie z PORT HARBOUR , kapitan zdecydował, że wchodzimy. Oprócz wysokiej fali, która zanika w główkach portu, nic innego się nie działo.  Jutro dzień dla jachtu i wycieczki rowerowe. Teraz wpływa dużo jachtów pod holenderską i belgijską banderą.  Wcześniej w głowie zaświtało marzenie ………………………rejs dookoła Świata na 40 urodziny. ……Postanowione – jak mawia mój przyjaciel –   „PŁYNIEMY DO JASNEJ CHOLERY”

Wiem z KIM, pozostaje tylko pytanie na czym, kolejne MARZENIE staje się CELEM !!!!

 

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.