Droga z Oslo….

15 lipca, wtorek, dzień 9

0023 – 22 mile do latarni HOLLENDERBAAEN. O 1915 odbiliśmy od kei w Oslo i udajemy się w kierunku Morza Północnego. Od najbliższego postoju planowo dzieli nas około 400 Nm. O z tego wyjdzie zobaczymy. Tuż po odejściu, nad Oslo nadciągnęły czarne chmury. Później pojawiła się tęcza, natomiast deszcz usilnie próbował nas Gonic. Tym razem mu się nie udało. Był wolniejszy niż nasz Leyland, który popycha nas na południe z prędkością 5 węzłów Oslo było najdalej na północ wysuniętym portem, który mieliśmy zamiar odwiedzi podczas tej wyprawy. Reszta dnia w Oslo minęła na zwiedzaniu miasta, muzeum i oddawaniu się ciszy w promieniach słońca na jachcie kołyszącym się przy kei. Miejsce w którym staliśmy było zgoła inne, niż tętniące życiem i rozrywkami nabrzeże po drugiej stronie , obok mariny. Pomimo poniedziałku, wszystkie restauracje zapełnione klientami. Kuglarze, tancerze, oraz grajki i śpiewajki zabawiali licznie przystającą i gromadzącą się publiczność  ( Pac ? ). Ot taki Kołobrzeg w sezonie wakacyjnym. Zależy kto co lubi, ale tylko tam udało się złapać wifi, więc parę cc chwil musiałem tam spędzić. Później czas na kartki, odszukanie skrzynki znajdującej się za ratuszem i powrót na jacht. chińszczyznę przygotowaną przez Arka, pałaszowaliśmy już w drodze. Jutro za to kulinarny orgazm i najbardziej jak do tej pory wyszukane danie. Aż strach się bać. Wczoraj też pożegnaliśmy Basię a jej miejsce zajął Michał2, który towarzyszyć nam będzie do Londynu.

1340 – Około 0430 obudził mnie dziwny metaliczny dźwięk. Zabrałem latarkę, otworzyłem drzwiczki od silnika i wszystko jasne. Koło pasowe na alternatorze jest luźne i grozi z piskiem, że zaraz odleci. Stawiamy szybko genuę, silnik stop. Teraz nic nie zrobię, bo wszystko gorączce, więc kładę się na krótką drzemkę. Zaczynamy halsowanie. Nad ranem wiatr tężeje, cc chwilami osiąga 30 węzłów. Idziemy jak najostrzej się da pod zarefowanym grotem i genuą. Fala robi się coraz wyższa i w dzienniku pokładowym odnotowujemy stan morza 5, wiatr 7B. Po jakimś czasie siada i stabilizuje się na 6B. o jakiś cc czas większa fala przelewa się przez pokład. Rano j zabrałem się za ocenę alternatora. Okazało się, że koło pasowe miało luz i tak obrót po obrocie, godzina po godzinie, pracowało na wałku, by w ostateczności zniszczyć gwint pod nakrętką i wygiąć wałek. Jedyne co można w tej sytuacji zrobić, to wymiana alternatora. Nurkuję do bakisty z częściami zamiennymi i po większej chwili z samego dna wyciągam drugi nowy alternator. Później z 2 godzinki pracy w całkowitym rozkołysie i zrobione. Następnie dla przewietrzenia siadam za sterem, oczywiście w samym polarku, bo rozgrzałem się wcześniej i po co się ubierać. To przecież tylko chwila do końca wachty. Natychmiast otrzymuję sporą dawkę morskiej wody, która strumieniem wdziera się za kołnierz i inne części garderoby…. jest zimna!!  Po około godzinie schodzę na dół się przebrać. Wszystko jest mokre. Zaraz obiad.

Arek skupiony

 2130 – Dziś po raz pierwszy wiatr osiąga siłę 8B. Wszystko byłoby nie najgorzej, ale oczywiście wieje w mordę. Trudno świetnie płyniemy dalej. W pewnym momencie wiatr odwraca i zaczynamy się cofać w stosunku do planowanego kierunku. Zmieniam z Anią hals i staramy się utrzymać jak najbardziej południowy kierunek wierząc prognozom, że wiatr zacznie w nocy odwracać w kierunku zachodnim. Zobaczymy co czeka nas dalej. Fale wchodzące do kokpitu już nie stanowią elementu zaskoczenia, więc każdy, kto wychodzi na wachtę, stara się być nieprzemakalny. Stara się ….

16 lipca, środa ,dzień 10

 0920 – około 20 mil od Skagen. Za niecałą godzinkę musimy zrobić zwrot, by nie wpłynąć na tor wodny i nabierać będziemy wysokości by móc na żaglach popłynąć wzdłuż zachodniego wybrzeża Danii. Prognozy słabe, zobaczymy czy ma to sens, czy staniemy gdzieś przeczekać przeciwny wiatr i fale. A może się nie sprawdzi ? Wiatr się uspokoił, wieje już regularnie około 25 węzłów. Dzięki temu, że obraca na zachód, zgodnie z prognozą ( ten nasz Maruś Grzywacz  zawsze ją zaczaruje J )udało nam się dojść tu gdzie jesteśmy bez halsowania. Gdyby jeszcze odbił na północ….. Cały czas mokre pływanie. Polonus dzielny, pięknie wchodzi na fale i gdy się mu tylko nie przeszkadza, zwinnie rufą się z nich ześlizguje. Wczoraj przy kolacji odkryłem i potwierdziła to cała załoga, dwa niezmierne ważne dla ludzkości prawidła :

1.       Po pierwsze primo – herbata, tudzież kawa przy 22 knt wiatru sama kręci się w kubku zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara – mieszać nie trzeba,

2.       Po drugie primo – Przy 28 knt wiatru, dżem nie jest wstanie przylgnąć i utrzymać się na kanapce posmarowanej masłem i odlatuje, zsuwając się ze skibki ( Roman tak mówi na kanapki i piszę to w hołdzie jemu J ) zgodnie z kierunkiem wiatru, nie pozostawiając śladu swojej obecności na maśle, za to często na ubraniu J.

Próbuję usnąć, po raz kolejny sięgam do jednego z ulubionych audiobooków : Teliga – samotny rejs Opty.

 1620 – Jedziemy wprost na wiatr, by nabrać wysokości i po zachodniej stronie Danii móc postawić żagle. Na pokładzie mokro, choć świeci piękne słońce. Wiatr około 22 knt, pod wiatr i falę nasz Diesel wyciąga 3 węzły. Wcześniej z Michałem mieliśmy wycieczkę na dziób, bo wyleciała przetyczka mocująca kotwicę, a ta jakby chcąc się wyrwać wyleciała z łoża i zwisała napięta na łańcuchu. Na szczęście przetyczka uwiesiła się dyndając na sznureczku, jeszcze tylko pozostało wcelować kotwicą w łoże i już spoczywa na swoim miejscu. Chodzimy po pokładzie w szelkach, bez kamizelek z uwagi na rozkołys i fale, które czasem wpadają na pokład. Nikt nikogo nie namawia do tego, rozsądek sam podpowiada, że przypinać się trzeba. Spoglądam na mój warsztacik i pomimo tego, że dziób raz patrzy w niebo a raz w dolinę fali, jakiegoś ogromnego bałaganu nie dostrzegam. Gorzej z rzeczami załogi, te a w szczególności buty latają po całym jachcie. Tamaryszek wczoraj podlany, dziś siedzi grzecznie obok mojego łóżeczka, aby się ze swojego kołeczka nie zerwał. Na obiad miał być makaron spaghetti, wraz z sosem przyrządzonym na lądzie metodą domową, przez kogoś z załogi. Niestety nie zdążył wylądować na talerzu a może raczej stety. W ostatniej chwili został zastąpiony Pesto i czosnkiem. Kulinarny smakołyk czeka w marynacie na mniejsze bujanie. Wszedłem w normalne jachtowe życie, czyli znów udaje mi się przespać w ciągu dnia. A może to przez nie palenie? Tak czy inaczej – sen to zdrowie.

17 lipca, czwartek, dzień 11

0315 – Marina Hirstadt. W mordę wiatr i prognozy na najbliższe 24 godziny ( dzięki Marek G), skłoniły nas do małego odpoczynku od diesla. Stanęliśmy w niewielkiej marinie znajdującej się na tyłach portu. Opłatę 190 koron składa się w kopercie a rano prawdopodobnie otrzymamy karteczkę z kodem od marinero. Po wstępnych oględzinach i rekonesansie, okazuje się, że jest tu całkiem sporo sklepów by uzupełnić zapasy. Jest tez kiermasz międzynarodowy, na którym goszczą min polscy przedstawiciele. Jutro, tzn w sumie już dziś, czas dla jachtu i dla załogi. Jak to właśnie Romek stwierdził, w muzyce bardzo ważna jest pauza. Właśnie tę pauzę sobie zrobiliśmy.

1625 – Zostajemy tu do jutra. Od rana miałem czas dla jachtu. Prace porządkowe,, kosmetyka i inne duperele. Teraz na patelni wolno dochodzi ……wieloryb. Będzie podany z sałatką i ziemniaczkami. Ciężko było go wyłowić, ale zapas mięsa mamy na bardzo długo J. Ślady jakie zostawia coraz bardziej słone morze na burtach, schodzą dopiero po dłuższej chwili po nacieraniu kwasem – ale za to później jacht się bieli J. Znaleźliśmy pralnie i suszarnię, więc pod tym względem Roman i Michał też ogarnęli temat. Po obiedzie kąpiel i wyruszam w poszukiwaniu wifi, by zaspokoić ciekawość nieobecnych. Wszak zastanawiam się czy w ogóle, ktoś to czyta, ale cóż … taka to ciężka robota . Osoby, które już się wykąpały, zwróciły uwagę na prysznicową ciekawostkę. Otóż … gorąca woda jest w wężu podłączonym do osobnej wylewki, zimna woda natomiast jest pod prysznicem. Trzeba równomiernie to wymieszać w powietrzu i pozostaje tylko ustawić się pod opadającym deszczykiem….Proste ? Sprawdzimy, ale zdjęć z tego nie będzie ;-).

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.