Droga do Londynu

24 lipca, czwartek, dzień 18

O 0530 odeszliśmy od kei w Sheveningen. Wcześniej robiąc małe zamieszanie, gdyż ponieważ musieliśmy obudzić ludzików z łódek, cumujących do naszej burty.  Wiaterek dmucha słabo, ale ciągle udaje się po gentelmeńsku osiągając prędkości 4-5 węzłów. Wczorajszy dzień upłynął na drobnych pracach bosmańskich, zwiedzaniu Hagi na rowerach, a co poniektórzy mieli inne pomysły. Generalnie luz, każdy robił co chciał. Wraz z Jurkiem, kupiliśmy nowe wywietrzaki w miejsce utraconych w cieśninach duńskich. Wyglądają jak kacze dzioby J. Wieczorem otrzymuję od załogi prezent do wypicia na Antarktydzie. I tak w ogóle Michał sprezentował mi swojego KINDLA więc biorę się zaraz za powolną konwersję książek z laptopa otrzymanych od Marysi. 100 sztuk J.

1820 – Wieje piękna nordowa czwóreczka, idziemy kursem 220 stopni, prawie w stronę zachodzącego słoneczka. Jest naprawdę piękna pogoda, temperatura powierza 25 stopni, a woda podgrzana do 20. Woda zmieniła kolor i teraz jest zielona. Mała fala nadchodzi idealnie z rufy. Wcześniej byliśmy obserwowani przez jakąś małą istotę. Wystawiała co chwilę łepek z wody, patrząc w naszą stronę. Nie udało nam się jednak rozpozna, czy była to foka czy jakiś inny delfin J . Wczorajsze świeże mięsko trafiło dziś do garnka, a Michał z pomocą Ani wyczarowali z tego chińszczyznę ze świeżymi warzywami.  Wracam do sterowania, właśnie wybiły 2 i pół szklanki.

25 lipca, piątek, dzień 19

0040 – Dopływamy do Nieuwpoort w Belgi.  Ciemny horyzont, rozjaśniają małe punkciki, będące oznaką cywilizacji. Co rusz mijamy migające znaki kardynalne, wyznaczające w tym przypadku wypłycenia niebezpieczne dla jachtu. Głębokości od 1 do 1,5 m. Wiatr siadł wieje 9 knt, więc z prędkością 3 węzłów zbliżamy się do kolejnego w dniu dzisiejszym portu., a poprawniej będzie jak napiszę, że w ciągu 24 godzin. Takiej sielanki jeszcze nie mieliśmy. Jak na Mazurach. Cały dzień pogoda dopisywała  ,teraz lekko spadają na nas małe kropelki ciepłego deszczu. Jak wstaniemy to …właśnie, to pomyślimy co mamy robić .

26 lipca, sobota, dzień 20

Pośrodku toru wodnego w kanale La Manche, czy tam angielskim.

Trochę jestem jak na razie zawiedziony małym ruchem statków. O prawda widoczność mamy nie najlepszą więc ccc może i dobrze. Obecnie przed dość sprawnym płynięciem powstrzymuje nas silny zachodni prąd. Dostawiam grota, kurs 280 °. W garnku bulgoczą gołąbki i kasza. W  Nieuwpoort była dość spora marina, natomiast wszędzie daleko. Może dlatego właśnie udostępniają rowery dla swoich klientów. Wśród załogi już przodują tematy o powrocie z urlopów, ja natomiast oczekuję przyjazdu kolejnej ekipy pod silnym wezwaniem J.

27 lipca, niedziela, dzień 21

0015 – a właściwie jeżeli wziąć pod uwagę czas lokalny to jesteśmy godzinę do tyłu. Od wczesnych godzin południowych wiatru brak. Siedzę na pokładzie oparty o grotmaszt, za lampkę nocną robi mi światło silnikowe. Drgania pokładu oznaczają równomierną pracę Leylanda – diesla Polonusa. Dziś ok. 1800 mieliśmy wizytę. Od prawej burty kilkanaście minut zbliżał się do nas duży RIB, a za rufą mieliśmy statek niewidoczny na AIS. RIB zrobił zwrot, przejechał nam za rufą i panowie w czarnych  nieprzemakalnych kombinezonach z hełmami na głowie oraz opuszczonymi przyłbicami podpłynęli do naszej lewej burty. Gestem nie znoszącym sprzeciwu poprosili o wejście na pokład. Zrobili więc w trójkę abordaż, a ich kolega prowadzący 600 konny bączek oddalił się od Polonusa na jakieś 20 m. Po prawej stronie lekko za nami płynął naszym tempem mały opancerzony statek. To wyjaśniało, czemu panowie u nas nie mieli broni. Po prostu posiadali lekkie wsparcie.  Grzecznie nas wypytali gdzie, skąd i dokąd, oraz po co , spisali dokumenty śmiesznie sylabizując niektóre nazwiska , zadali parę dziwnych rutynowych pytań.  Otrzymując satysfakcjonujące ich odpowiedzi, zapytali czy mogą przystąpić do sprawdzenia jachtu. Od dłuższego czasu szliśmy na silniku, dodatkowo Ania przygotowywał kolację. Ich zapał z uwagi na  ciepło panujące w środku szybko opadł. Skafanderki pewnie wody z zewnątrz nie przepuszczają, ale wentylacji w nich też nie ma. Po otwarciu podłogi na dziobie, sprawdzeniu sterty ubrań na zasadzie obmacania, padły pytania o lokalizację zbiorników z wodą i paliwem. Gdy poprosiłem jednego z panów czarnych by wszedł ze mną do kambuza ( cały czas 2 garnki na gazie z gotującymi się przysmakami ) i wsadził głowę w szafkę pod którą znajduje się jeden ze zbiorników – szybko i grzecznie podziękował wychodząc na zewnątrz by lekko się ostudzić J. Panowie się pożegnali , zabrali karteczkę z danymi o wyprawie wraz z rozrysowaną trasą i pomknęli kontrolować kolejny jacht płynący przed naszym dziobem.

Wieje lekki wiaterek nie zdolny wypełnić żagli. W powietrzu unosi się wilgoć i jest naprawdę bardzo ciepło. Termometr wskazuje 20 stopni.  Ponieważ to ostatnia noc na wodzie dla załogi, myślę, że nikt szybko spać nie pójdzie. Ja na pewno, choć jeszcze parę nocy przede mnąJ. Idę kończyć porządkować muzykę w telefonie.

0825 – Przepłynęliśmy właśnie pod mostem Królowej Elżbiety II nad Tamizą. Rano wychodząc na pokład ujrzałem przemysłowe nabrzeże usiane dźwigami, magazynami i fabrykami, a pod jachtem wodę o kolorze brudnego piasku. Ohyda. Noc spokojna, silnik pyrka powoli popychając nas naprzód. Powoli na brzegach zaczyna pojawiać się zieleń, po lewo kotwicowisko z jachtami przy kolejnym jacht klubie. Swoją drogą jak na niedzielny poranek to ruch strasznie mały. Teraz mija nas drugi mały jacht motorowy. Nad ranem temperatura spadła i teraz nas nie rozpieszcza. Wieje dość chłodny wiaterek a niebo zakrywają chmury. Na szczęście nie pada więc mowy o typowo angielskiej pogodzie nie ma. Do nosa wdziera się nieprzyjemny zapach jakiegoś wysypiska. Jak na razie smutno, szaro i ponuro, ciekawe czym uroczy nas Londyn?

28 lipca, poniedziałek, dzień 220950– Wczoraj 27 lipca o godzinie 1400 zakończyliśmy etap 0. Cumy rzucone w marinie South Dock w Londynie z lewej burty. Przepłynęliśmy 1300 mil, wyrabiając 219 godzin na żaglach i 89 na silniku. Siedzę sobie w kokpicie i powoli ,posępnie zaczynam klarować jacht. Załoga poleciała do kraju, został tylko Michał, który odsypia trudy rejsu i nocnego odprowadzania Anii na samolot. Pomimo, iż ma tu gdzieś miejscówkę, korzysta z gościnności Polonusa, widocznie trudno mu się z jachtem rozstać J. Nie zatankowaliśmy wczoraj paliwa z uwagi na lenistwo Brytyjczyków. Nie uwierzycie ale oni po prostu w niedzielę mieli zamkniętą pływającą stację paliw. Co za nieróbstwo J . Wchodząc do mariny musieliśmy przejść przez śluzę. Po telefonie wykonanym do bosmanatu przez Michała Mikołaja ustaliliśmy ,iż przed 1400, będą mieli poziom wody umożliwiający nam wejście. Śluzowanie dzięki roztropności załogi i w szczególności Romana odbyło się prawie bez strat. Bez strat w ludziach natomiast w kość dostał bosak. Po południ na jachcie mieliśmy wizytę przedstawicieli JACHT KLUBU LONDYŃSKIEGO samym Komandorem Jurkiem Knabe na czele. Zaoferowali nam wszelkiego rodzaju pomoc, którą jutro skrzętnie przyjmiemy podczas odbierania kolejnych załogantów. Wieczór upłynął na sprawach organizacyjno rozliczeniowych rejsu między kapitanem i załogą.

Kolejne 1300 mil za mną, co prawda nie ze łzami w oczach ale oczekuję kolejnej załogi, życząc poprzedniej lepszych kapitanów i bosmanów ;-).

2215 – cisza….jestem sam.

Możliwość komentowania jest wyłączona.